Ian McEwan

Fragmenty wywiadu przeprowadzonego 22 września 2002r przez Ramonę Koval na antenie Radio National

R.K: Jakim dzieckiem ty sam byłeś? Czy tak jak Briony , miałeś bogatą wyobraźnię i ambicję zostania pisarzem?

I.ME: Byłem bardzo skryty. Trochę jak Briony, pożyczałem – już miałem powiedzieć maszynę do pisania mojej mamy, ale chyba nigdy nie widziałem, żeby na niej pisała – i uwielbiałem wkręcać w nią papier, i wtedy najczęściej utykałem w miejscu, bo bardzo chciałem coś napisać, ale nie miałem co. Miałem więc sekretne dzienniczki, uzupełniane czasami przez wiele dni po to, żeby zaraz o nich zapomnieć. Jako dziecko byłem bardzo piegowaty, jak kuzyni Briony, blady i bardzo, bardzo nieśmiały. I, ku niezadowoleniu taty, bardzo bliski mojej mamie. Uważał mnie za maminsynka. W szkole bardzo przeciętny, bardzo cichy, nie znosiłem zabierać głosu – widzisz ile mnie ten wywiad kosztuje (śmiech). Nikt mi nie powiedział, że jestem zdolny aż do, mniej więcej, szesnastego roku życia. I wtedy, kiedy ktoś mi powiedział, że jestem zdolny zacząłem taki być.

R.K: Kim była ta osoba?

I.ME: Należę do grona tych pisarzy, którzy mieli wspaniałego nauczyciela angielskiego. Podsuwał mi te wszystkie książki w odpowiednim momencie.

R.K: Jakie to były książki?

I.ME: Moją najwcześniejszą fascynacją było pierwsze pokolenie poetów romantycznych. Keats, Wordsworth, Coleridge. Kolejnym olśnieniem była Ziemia jałowa . Nauczyciel przekonał nas, że to bardzo przystępny poemat epoki jazzu, i że nie ma co się specjalnie trudzić z jego zrozumieniem. Wyuczyliśmy się więc całych fragmentów na pamięć. W życiu by mi się to teraz nie udało. Ale krąży mi po głowie ‘Now the lilacs are in bloom / She has a bowl of lilacs in her room.’ Czyli cały wic polegał na tym, jak to w przypadku wielu dobrych nauczycieli angielskiego, żeby dać nam do zrozumienia, że nie chodzi tu o powagę ale o przyjemność. I - nie bój się, to należy także do ciebie. Zapraszamy. I o to chodziło.
(…)

R.K: Byłeś pierwszym studentem M. Bradbury’ego. Właściwie, przez pewien czas, jego jedynym studentem.

I.ME: Tak, nie było grupy. Miałem dwadzieścia jeden lat, skończyłem angielski na uniwersytecie Sussex. Rozglądałem się, gdzie by tu zrobić magisterkę (MA). Podróżowałem autostopem po Włoszech. Było już późno, końcówka września, a ja jeszcze nic nie znalazłem. Przerzucałem jakieś broszurki i natknąłem się na informację, że można zrobić magisterium z literatury współczesnej i teorii literatury – co w 1970 nie było jeszcze takim drażliwym przedmiotem – i że można dorzucić jeszcze odrobinę literatury pięknej. Zadzwoniłem na uniwersytet w Nowej Anglii i, co jest niesamowite, połączono mnie niemal bezpośrednio z Malcolmem Bradbury. Powiedział : „No cóż, przyjedź to zobaczymy.” Pożyczyłem więc samochód od ojca i pojechałem z Middle Wallop do Norwich. Bradbury powiedział „No cóż,jeśli przyjedziesz za dwa tygodnie chciałbym zobaczyć jakieś dwa twoje utwory.” Wróciłem więc do Middle Wallop i napisałem dwa opowiadania – jakieś okropieństwa.

R.K: Czy to były twoje pierwsze utwory?

I.ME: Tak. Pisałem też inne rzeczy. Na przykład sztukę radiową. Były to sztuki, w których bohaterowie zdawali się wiedzieć, że grają w sztuce.

R.K: Jak sztuka Briony?

I.ME: No cóż, gorsze niż Briony. Żadnych rymów. I ten rok był dla mnie wielką szansą. Utworzono ten kurs – tak mi przez telefon powiedział Bradbury. Powiedział: Pierwszy raz prowadzimy ten kurs z elementem fikcji. „Nikt się nie zgłosił oprócz ciebie, ale jeśli przyjedziesz spróbujemy.”

Studiowałem więc z tuzinem innych studentów skoncentrowanych głównie na literaturze porównawczej i współczesnej literaturze amerykańskiej, gdy dla mnie tymczasem był to rok przeznaczony na pisanie beletrystyki. Była to pierwsza poważna decyzja, którą podjąłem na wstępie do dorosłości. Do tego momentu byłem po prostu przerabiany przez system edukacyjny. Zająłem niewielki pokój w ogromnym domu na przedmieściach Norwich. Pisałem jak szalony. Napełniał mnie duch romantyzmu. Pisałem do świtu. Spotykałem się z Malcolmem co trzy, cztery tygodnie, najczęściej w pubie, na dwadzieścia minut – był ciągle strasznie zajęty. Mówił „No cóż, to mi się podoba.” Nigdy nie udzielał mi prawdziwej krytyki, mówił tylko „To jest niezłe. Myślę, że jesteś na właściwym tropie. Co zamierzasz robić dalej?” A ja odpowiadałem „ No cóż, chyba napiszę opowieść o trzynastoletnim chłopcu, który gwałci swoją siostrę.” A on na to „No cóż, kiedy mogę się tego spodziewać?” (śmiech)

Innymi słowy, pod względem moralnym był zupełnie neutralny, a jednocześnie podsuwał mi literaturę, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. W czasie tego właśnie roku zaczytywałem się utworami wszystkich amerykańskich pisarzy, których podziwiam po dziś dzień i w których ciągle wierzę: John Updike, Philip Roth, Saul Bellow. To oni zdominowali, moim zdaniem, literaturę anglojęzyczną ostatnich trzydziestu lat.

Czytałem też Williama Burrowsa I Normana Mailera. Faktura utworów z głównego nurtu powieści angielskiej mocno mnie denerwowała. Wydawały mi się szare i pozbawione ambicji w porównaniu z pełnymi wyrazu, impulsywnymi Amerykanami z tą ich wolnością i zuchwałością języka.

R.K: Nie mieli w sobie tej angielskiej powściągliwości, w której ty dorastałeś?

I.ME: Tak, ale mieli też demokratyczne i pluralistyczne wyobrażenie tego, jaka może być powieść. Postacie Saula Bellowa dobrze się czuły na ulicy a jednocześnie nie były pozbawione głębokich myśli. I to mi się podoba. Nie myślałeś o bohaterach Bellowa, że pochodzą z klasy wyższej średniej, niższej czy też są między-klasowi. Byli po prostu dwudziestowiecznymi istotami ludzkimi, a on badał ich kondycję.

W porównaniu z nimi moje opowiadanka to były maleństwa, ale mimo to starałem się być zuchwały. Chciałem jaskrawych kolorów, czegoś odrobinę dzikiego. Jeszcze przez wiele lat, kiedy ludzie mówili „To oczywiste, że piszesz żeby szokować.” zaprzeczałem. Ale teraz dochodzę do wniosku, że chyba mieli rację. Nie była to jakaś świadoma decyzja ale reakcja - tak, reaktywne pisanie na przekór temu dobrze ułożonemu, dobrze zmodulowanemu dominującemu wówczas stylowi angielskiej beletrystyki. Tak marudnie uważnemu jeśli chodzi o mobilność klasową i społeczną i o to, jak dokładnie wyglądały meble, a jak opisać tapety, a jak… Miałem tego dość.

R.K: Kiedy mówisz, że próbowałeś szokować miałeś na myśli kogoś konkretnego?

I.ME: To nie była jakaś świadoma decyzja. Kiedy pokazałem moje opowiadania Malcolmowi Bradbury – a potem Angusowi Wilsonowi, który przejął mój kurs w semestrze letnim, a także grupie znajomych, którym pokazywałem moje teksty – nikt nie został zszokowany. Dla wszystkich moich dwudziestoletnich znajomych pałających się literaturą obsceniczność była lingua franca. Wyedukowana obsceniczność - oto jak ludzie zabawiali się wieczorami. (śmiech) Tak więc w tym środowisku moje prace nie mogły nikogo zaszokować.

R.K: A twoi rodzice?

I.ME: Kiedy wysłałem rodzicom kopię First Love Last Rights mój ojciec był wtedy w dalszym ciągu czynnym oficerem Armii Brytyjskiej. Jego poczucie tego co należy, a czego nie należy robić było w stanie wojny z ojcowską dumą. Ojcowska duma wygrała. Mój ojciec zamówił tuziny kopii First Love Last Rights i podarował je Oficerowi dowodzącemu …(śmiech). Kiedy więc odwiedziłem rodziców i poszedłem na drinka do kantyny oficerskiej ze szklanego, pełnego niewymownej pogardy spojrzenia jakim obdarzył mnie pułkownik Blenkinsop mogłem wyczytać nie tylko to, że przeczytali i doszli do wniosku, że to stanowczo nie dla nich, ale też, że nieźle się nasłuchali na ten temat od mojego ojca. (śmiech)

W każdym razie, ojciec obstawał przy swoim. Był ogromnie dumny. Musiało mu być z tym ciężko.

Tłumaczenie i opracowanie M.B.