Wykrzyknika można użyć raz na sto tysięcy słów
rozmawiał Sebastian Łupak
Rozmowa z Glennem Pattersonem *
Czy studia creative writing zrobiły z pana pisarza
Glenn Patterson: Tak, bo chodząc na kurs, zrozumiałem, że pisanie nie pojawi
się samo z siebie, z wyobraźni. Konieczna jest rutyna, spędzanie dwóch albo dwudziestu godzin dziennie
pisząc. Gdy zacząłem te studia w 1985 r., moja dziewczyna pracowała w smażalni steków od 9 do 17. Zaczynałem pisać, gdy wychodziła, i kończyłem, gdy wracała. Dziś piszę niezależnie od tego, czy mam ochotę, czy nie. Czekanie, aż inspiracja uderzy niczym piorun, jest nieproduktywne.
U kogo pan studiował?
- U Malcolma Bradbury'ego, znanego angielskiego powieściopisarza. Przywiózł ideę
studiów magisterskich z creative writing ze Stanów, gdzie wykładał w latach 50. i 60. Pierwsze zajęcia
w Wielkiej Brytanii odbyły się w 1970 r. na Uniwersytecie East Anglia w Norwich. Bradbury miał wtedy
jednego studenta.
Był nim Ian McEwan. Ja zacząłem studia w latach 80. Przede mną studiował tam
m.in. Kazuo Ishiguro, a rok po mnie Anne Enright, laureatka tegorocznego Bookera za powieść "The
Gathering". .
Trudno było się dostać?
- Konkurencja nie była wtedy tak duża - dwie albo trzy osoby na miejsce. Dziś
to kilkanaście osób. Trzeba było złożyć swoje portfolio - w moim przypadku były to dwa opowiadania.
Jak wyglądała nauka?
- Ważną rolę odgrywał w niej pub. McEwan miał najlepiej, bo jako jedyny student
regularnie spotykał się z Bradburym w barze. W latach 80. pub był już raczej miejscem przedłużenia zajęć
niż oficjalną salą wykładową. Bradbury wpadał z nami na pintę czy dwie. Palenie papierosów było
obowiązkowe. Jeśli ktoś nie palił, wciskało mu się papierosa w usta i kazało zaciągać.
Na uczelni nie było tablicy ani wykładów. Siedzieliśmy w szóstkę w kole na
twardych krzesłach. W naszej grupie była tylko jedna kobieta - Kathryn Hughes - dziś recenzentka
literacka "Guardiana". Zajęcia były dyskusją o pisanych przez nas tekstach. W piątki Bradbury kopiował
nasze opowiadania na ksero, mieliśmy weekend, żeby je przeczytać, i we wtorki dyskutowaliśmy nad pracami
dwójki studentów. Czytałeś kawałek na głos, a potem wszyscy, w tym Bradubury, przez 90 minut rozmawiali.
Później przerwa na kawę i to samo z drugą osobą. Wszystkie uwagi były traktowane jako "sugestie".
Bradbury powiedział nam kiedyś: "95 proc. tego, co tu usłyszycie, nie przyda się wam do niczego: zabawa
polega na tym, żeby rozpoznać tych istotnych pięć procent".
W drugim semestrze uczyła nas Angela Carter.
Również sławna pisarka angielska. Jej wskazówki różniły się od Bradbury'ego?
- Różnica była nie w tym, czego uczyli, ale jak uczyli. Angela była bardziej
gadatliwa i nie przebierała w słowach. Niektóre książki - na szczęście nie nasze prace - nazywała
gównem (ang. „crap”), choć śmiała się też, że jej własne książki są przyjmowane w Ameryce z takim
entuzjazmem jak - cytuję - „szklanka schłodzonych wymiocin”. Oboje byli erudytami i potrafili skierować
w stronę bliskich ci pisarzy. Angela zresztą zapoznała mnie z amerykańskim autorem E.L. Doctorowem i
Salmanem Rushdiem, którzy okazali się dla mojego pisania ważni.
Pan prowadzi dziś zajęcia tak jak Bradbury wtedy?
- Do studiów magisterskich z creative writing dodano więcej przedmiotów, ale
warsztaty wciąż są sercem procesu i rzeczywiście prowadzę je tak jak Bradbury. Dziś jest jednak większa
specjalizacja. Są osobne warsztaty z poezji, prozy, scenopisania. Studenci mają zajęcia z „rzemiosła i
techniki” oraz „praktyki”, na które zapraszamy wydawców, reporterów, redaktorów gazet, agentów
literackich czy kierowników literackich teatrów. Do tego np. „metody prowadzenia researchu literackiego”,
tłumaczenia, zajęcia z historii short story.
A pub?
- Zastąpiła go mała kawiarnio-księgarnia naprzeciw mojego gabinetu.
I naprawdę uczycie tych młodych ludzi pisać?
- Wcale nie muszą być młodzi. Mamy też ludzi dojrzałych, którzy na rok
zawieszają swoje kariery zawodowe, by spróbować szczęścia w pisaniu. Te studia uczą pisarskiej
systematyczności - czyli tego, że trzeba usiąść i pisać, by oddać 35 stron tekstu tygodniowo. Uczymy też
techniki, np. jak wprowadzać naturalnie brzmiące dialogi. Ja zawsze miałem problem z dialogami. Była
przepaść między narracją a dialogiem. Po tych lekcjach zostało mi tyle, że nie zaznaczam dialogu ani
cudzysłowem, ani kursywą, ani tak, jak robicie w Polsce - myślnikiem. Wydaje mi się, że te znaczki
wyglądają sztucznie i zaśmiecają stronę. Interpunkcja - wbrew pozorom - jest istotna. Musisz być
zafascynowany, zakochany w tym, co robi średnik, a co dwukropek, i wiedzieć, że wykrzyknika można użyć
najwyżej raz na sto tysięcy słów.
Nie nauczycie wyobraźni
- Nie, bo wyobraźnia to stan umysłu, a może stan zafascynowania światem. Nie
można nauczyć śnienia na jawie. Co nie znaczy, że ludzie obdarzeni najbujniejszą wyobraźnią są
najlepszymi pisarzami. Pisanie to sztuka wykorzystywania wyobraźni. Namawiam studentów, żeby badawczo
przyglądali się światu pod kątem potencjalnej opowieści. Oczywiście w pisaniu nie ma łatwych, gotowych
formuł. Na tym polega jej piękno, a czasem jej męka.
Jak pan został pisarzem?
- Krótkie historyjki pisałem od dziecka. Nie byłem wtedy pewien, czy zostanę
pisarzem, czy piłkarzem Manchesteru United. W liceum zacząłem pisać wiersze miłosne. Kiedyś, wracając z
randki, natknąłem się na jeden z patroli policyjnych, które w Belfaście pilnowały domów prominentnych
protestantów przez atakami katolickich bojówek. Policjanci zauważyli, że mam notatnik. Było to
podejrzane, bo mogłem w nim przecież notować np. adresy czy numery rejestracyjne pojazdów. Powiedziałem,
że to moje wiersze miłosne. Kazali mi wsiąść do ich landrowera i recytować. Świecili na mnie latarką,
ja stałem zgięty, i to była moja pierwsza publiczność. Potem podrzucili mnie do domu.
Pamiętam też, że gdy miałem kilkanaście lat, siedziałem w klasie i słuchałem
wiersza "Snow" Louisa MacNeice, poety z Belfastu urodzonego w 1907 r. Nagle zacząłem krzyczeć: "Wiem,
wiem, zrozumiałem!". Nauczyciel raczej pobłażliwie powiedział: "Tak, Glenn, jasne, zrozumiałeś". A mi
chodziło o to, że złapałem nie tyle znaczenie tego wiersza, ile cel literatury...
Którym jest?
- To, że jakiś nastolatek w Belfaście w latach 70. poczuje to samo, co 40 lat
wcześniej zobaczył i poczuł Louis MacNeice.
Ilu pisarzy pan wykształcił?
- Dwójka moich studentów - z kilkudziesięciu - wydała powieści. Parę osób
wystawiło sztuki i wydało tomy poezji. Inni wrócili do swoich zawodów, piszą doktoraty, zostali
redaktorami, wydawcami, dziennikarzami. Ale wszyscy mówią, że było warto - dla nauki, przyjaźni,
rozmów.
Większość pisarzy nigdy takich studiów nie kończy. Ale takie warsztaty dają
pisarzowi w ważnym okresie jego życia czas i opiekuńcze środowisko pozwalające na poznawanie i
doskonalenie zdolności. Bradbury mówił: "Macie teraz 12 miesięcy na bycie pisarzami. Codziennie!".
Jak dziś wygląda rynek kursów creative writing w Wielkiej Brytanii?
- Kursy kończą setki osób. Największy i najlepszy pod względem reputacji jest
wciąż kurs na uniwersytecie East Anglia w Norwich. Zaczęli od jednego, a dziś rocznie przyjmują cztery
tuziny studentów: mają dwa kursy prozatorskie, jeden poetycki, jeden pisania scenariuszy. I coś co
nazywamy "life-writing", czyli kurs biografii. Inne uniwersytety przyciągają nazwiskami wykładających
pisarzy - np. Martina Amisa czy poety Andrew Motiona - i wydawniczymi sukcesami absolwentów.
Co by pan radził, gdyby polski uniwersytet chciał wprowadzić studia magisterskie
z creative writing?
- Pisarze zawodowi jako prowadzący to konieczność. Wykwalifikowany wykładowca
ma większą wiedzę o powieści niż większość pisarzy, ale dopóki nie miał doświadczenia z pisaniem,
brakuje mu tego szczególnego kawałka wiedzy. Można być i wykładowcą, i pisarzem jak Bradbury czy David
Lodge. Ważne, żeby pisarz nie zamienił się w nauczyciela, żeby nie tylko wykładał. Sam nie podchodzę do
uczenia creative writing z pozycji absolwenta filologii, lecz jak ktoś, kto sam napisał kilka powieści.
*Glenn Patterson (ur. w Belfaście w 1961 r.) jest wykładowcą tzw. pisania
kreatywnego na Queen's University w Belfaście i autorem siedmiu powieści oraz zbioru esejów, pisze
felietony w dzienniku „Guardian”, prowadził w irlandzkiej telewizji program poświęcony sztuce.
Zadebiutował w 1988 r. powieścią „Burning Your Own”.
Źródło wywiadu: Gazeta Wyborcza