Zbrodnia i kara czyli dlaczego czytam i piszę kryminały

„Śnił mu się chomik nabity na widelec. Jak zawsze, kiedy był trup. Trup, który intrygował. Chomik się czołgał, bezradnie przebierając przednimi łapkami i zostawiając za sobą cienką smużkę krwi. Czasami zdarzało się, że widział tego chomika w chwili, kiedy on już tylko drgał w maleńkiej kałuży. Widelec tkwił w grzbiecie chomika, był srebrny, z monogramem, był widelczykiem do deseru.” Claudia Torres, Jacek Krawczyk „Chomik na widelcu”, Zysk i S-ka, Poznań 2009

Palę papierosa i uświadamiam sobie, że nie wiem, co mi się śniło. Może jakiś chomik, może nie. Wiem za to, dlaczego zaczęłam czytać kryminały. Otóż, dlatego, że odkryłam w nich powieści, a dokładniej esencję każdej dobrze skonstruowanej powieści. Oczywiście, aby to w ogóle było możliwe ja musiałam się zmienić, bo wcześniej w odruchu szczeniackiego buntu odrzucałam wszystkie kryminały, jako powieści, które czyta moja mama... Nie będę taka jak ona! Po wtóre wydawcy musieli się opamiętać i zamiast chłamu zacząć sprowadzać na Polski rynek dobre książki, a i sam kryminał przeszedł ostra reformę czyli porzucił kręcenie się wokół zagadek „zabójstwa w zamkniętym pokoju [od wewnątrz]” i rozejrzał się wokół szukając współczesnych Raskolników i Karamazowów, którzy miast na XIX wiecznej feudalnej wsi, utknęli w wielkich miejskich dżunglach. Krótko mówiąc, jeśli chcemy dzisiaj przeczytać książkę dotykającą sensownie współczesnych problemów społecznych musimy sięgnąć po kryminał. Najlepszym tego przykładem twórczość Szwedów - Mankella czy Larssona. Zresztą sięgam na chybił trafił na półkę i oto wpadają mi w objęcia dwie powieści wprost dotyczące Polaków, a dokładnie rzecz biorąc - środowiska Polaków emigrantów. „Ślepy zaułek” Stuarta MacBride (Amber, Warszawa 2009) króluje na brytyjskich listach bestsellerów. Jego głównym bohaterem jest sierżant Logan McRae, który prowadzi śledztwo w Aberdeen. Ktoś oślepia i porzuca na placach budowy polskich robotników... Logan w toku akcji nie tylko musi rozwiązać zagadkę okaleczeń, ale znosić swoją superinteligentną i supersarkastyczną przełożoną, która jest lesbijką. Ona i jej partnerka nie mogą uzyskać zgody na pobranie spermy z Banku Nasienia i nagle szefowa dochodzi do wniosku, że z Logana byłby doskonały biologiczny tata... Logan ma problem? Ma. Jest opisany problem społeczny? Jest. W dodatku McRae musi niczym wytrwały pies tropiący opuścić Aberdeen, to Granitowe Miasto, i przenieść się ze śledztwem do innego molocha z kamienia - Nowej Huty... Nawiasem mówiąc, coraz częściej zastanawia mnie teoria pola morficznego, bo oto druga powieść w moich dłoniach: „Nie ma takiego miasta” Tomasza Konatowskiego (W.A.B, Warszawa 2010). Jej bohater komisarz Adam Nowak wykonuje „służbowy” skok nad Tamizę, a kiedy na programie policyjnej wymiany uczy się metod śledczych Scotland Yardu znajduje jak najbardziej polskiego trupa... Gramy w duecie: Wisła - Tamiza, Warszawa - Londyn, Scotland Yard - Pałac Mostowskich. Narzeczona Nowaka, Kasia nie może zajść w ciążę, więc komisarz zastanawia się, w jaki sposób wykołować cash na in vitro...

***

„Conde uśmiecha się i kończy swoją kawę. Zapala papierosa, o którego upomina się jego organizm, aby zrównoważyć mocny smak wypitego napoju. - To się zwykle dzieje, że zabijają kogoś z byle jakiego powodu, może nawet nie mają wcześniej takiego zamiaru. Często się zdarza, że to pomyłka, bo przestępcy wolą, żeby nie dochodziło do zabójstwa, lecz bywa, że przekraczają granicę i nie ma już odwrotu. Coś jak reakcja łańcuchowa... A ja żyję z tego braku umiarkowania. Nie wydaje ci się, że to smutne?” Leonardo Padura „Wichura w Hawanie”, Znak, Kraków 2009

Kawa, kac, papieros, piżama, budzik za okno. Smutna historia chomika do mnie przemawia, bo tak już jest ze smutnymi historiami. Wolimy je - ale tylko kiedy są fikcyjne - od tych wesołych, tak samo jak ludzie w średniowieczu woleli słuchać fragmentów z „Piekła” Dantego niż z jego „Nieba”. Niebo jest nudne. Nie można w nim palić, a słowa: „Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje” sugerują, że będzie tam wieczny poranny apel. Jako czytelnika jak i pisarza ciągnie mnie do smutnych, mrocznych historii, to znaczy do kryminałów, to znaczy do większości dobrych i doskonałych powieści (swoją drogą to ciekawe, że dobro i śmiech jest tak nieprzedstawialne, to znaczy nieatrakcyjne fabularnie...). Nie jadam śniadań, więc smakuję opowiadania amerykańskiej królowej kryminału Patricii Highsmith „Siedemnaście miłych pań” (Noir Sur Blanc, Warszawa 2009). Jej pisarstwo jest porównywane do „pysznej pralinki nadziewanej trucizną”. Cóż - jeśli mogę decydować w sprawie trucizny to wolę czekoladkę od zupy mlecznej czy płatków śniadaniowych. Czytam o siedemnastu paniach, matkach i teściowych, zwyczajnych kobietach, i ofiarach, oszustkach oraz paranoiczkach, wierząc już w słowa Joyce Carol Oates, że Highsmith jest „nieokiełznana jak Rabelais czy Swift”. Tyle w sprawie stylu pisarskiego, jeśli by spojrzeć na rozterki i marzenia bohaterek, to z łatwością można byłoby odnaleźć jakieś Anny K., Emmy B, Effi B... A także Izabele Sz, przypuszczam...

***

„Naówczas [kiedy był w liceum] marzył, bardziej niż kiedykolwiek, że zostanie pisarzem, wyłącznie pisarzem, i leżąc w łóżku, wpatrywał się w wiszącą na ścianie fotografię starego Hemingwaya, próbując odgadnąć w jego oczach tajemnicę, z jaką pisarz wędruje po świecie i widzi to, czego inni nie potrafią zobaczyć. Teraz przyszło mu na myśl, że jeśli kiedykolwiek napisze kronikę miłości i nienawiści, szczęścia i frustracji, to zatytułuje ją Gorączka w Hawanie.” Leonardo Padura „Wichura w Hawanie”, Znak, Kraków 2009

„Literaturę należy pokruszyć, rozdrobnić, rozetrzeć - a wtedy poczujemy jej cudowny aromat w zagłębieniu dłoni, będziemy ją z rozkoszą obracać na języku, i wtedy, tylko wtedy docenimy naprawdę jej jedyny w swym rodzaju posmak, a rozdrobnione cząstki połączą się z powrotem w całość w naszym umyśle i objawią swoje zintegrowane piękno, do którego wnieśliśmy cząstkę naszej własnej krwi” - napisał Nabokov. Krew czytelnika musi połączyć się z krwią pisarza. Każda powieść, kryminalna czy nie, to zapis śledztwa, gdzie czytelnik stara się dociec prawdy. Czyli poznać pytanie fabularne zadawane sobie przez bohatera (więc i pisarza), a później, z pomocą lub wbrew przeszkodom generowanym przez tego drugiego, ustalić: czy Emma Bovary znajdzie idealnego kochanka i wyrwie się z prowincji? Czy romans Anny Kareniny z Wrońskim doprowadzi ja do zguby? Czy Humbert Humbert zdobędzie Lolitę? Czy mordercy z książki „Z zimna krwią” zawisną na szubienicy? Czy Raskolnikow się opamięta? Fabuła książki zawsze jest zapisem śledztwa, po prostu w kryminale rzecz ową nazywa się po imieniu.

***

„Dwie tabletki przeciwbólowe ciążyły mu na żołądku niczym jakieś grzechy. Conde połknął je, popijając wielką filiżanką czarnej kawy, bo stwierdził, że resztki kupionego ostatnio mleka, pozostałe na dnie opakowania, zamieniły się w obrzydliwą serwatkę. Na szczęście zrobił w garderobie odkrycie, że ma jeszcze dwie czyste koszule, co pozwoliło mu na luksus wyboru, i zdecydował się na tę w biało-brązowe prążki, z długimi rękawami, które zawinął do łokci. Zostawione pod łóżkiem dżinsy, które nosił przez dwa tygodnie od ostatniego prania, mogły jeszcze wytrzymać drugie dwa albo i ze dwadzieścia dni. Umocował pistolet za paskiem od spodni i zauważył, że schudł, ale postanowił, że nie będzie się tym przejmował, bo nie chodził głodny ani nie miał raka, więc pal to licho. Poza pieczeniem w żołądku wszystko było jak trzeba, miał tylko lekko podkrążone oczy, jego początkująca łysina nie była zbyt widoczna, wątroba wciąż zachowywała się prawidłowo i ból głowy ustępował, dzisiaj był już czwartek, jutro piątek, policzył na palcach. Wyszedł na słońce i wiatr, nucąc nieudolnie starą miłosną piosenkę” - Leonardo Padura „Wichura w Hawanie”, Znak, Kraków 2009

Przypuszczam, że aby magia pisarska zadziałała w kotle obok udka żaby, skrzydełka nietoperza, zęba wisielca i włosa osiemdziesięcioletniej dziewicy należy utopić parę kropel krwi pisarza, czytelnika, ale i bohatera... Identyfikujemy się z bohaterami powieści; gdyby było inaczej księgarnie i biblioteki zostałyby zatrzaśnięte, a my przerzucilibyśmy się na czytanie książki telefonicznej i magazynów plotkarskich. Kryminały jak żadne inne powieści bazują mocno na postaci głównego bohatera. Często to on jest powodem stworzenia całej książki, a później jej kontynuacji. Myślę o serii z Marlowem, o trylogii „Milenium”, którą czytam, aby choć przez chwilę otrzeć się o Lisabeth Salander. Mankell ze zdumieniem dowiedział się, że stworzył cykl wallanderowski, a termin wallanderyzm trafił do słowników jak niegdyś boweryzm. Raczę Państwa od jakiegoś czasu fragmentami powieści z cyklu „Cztery pory roku” Leonarda Padury. Jakże ja lubię Padurę, ale chyba jeszcze bardziej detektywa Mario Conde, z całym jego zewnętrznym zbiorem atrybutów takich jak cygara, papierosy, brulion o żółtych kartkach; szkolny rzecz jasna. A co do jego wnętrza? Rozumiem jego pragnienie pisania, współczuję jego kacom, kiedy on pali, ja czytając o jego śledztwach - wyciągam paczkę papierosów. Jedyne, co mi w nim przeszkadza to upodobanie do jazzu... Wolę Vivaldiego, ale czego się nie robi dla starego kumpla, który chce napić się rumu przy dźwiękach saksofonu. Puszczam mu ścieżkę dźwiękową z „Twin Peaks. Ogniu krocz ze mną”.

Dlaczego czytam kryminały? Bo to moje podręczniki pisania. Uczą mnie jak stworzyć wiarygodnego bohatera, opisać z detalami problemy społeczne i sklasyfikować toczącego nas całkiem indywidualnie robaka smutku. Bo każda książka opiera się na śledztwie, gdzie czytelnik jest komisarzem, a pisarz pomagierem zbrodniarza. Jeśli poznasz konstrukcję kryminału, proces jego powstawania, swoją wiedzę przeniesiesz na dowolny gatunek fabularny. Jeśli napiszesz dobry kryminał, z innymi historiami pójdzie Ci jak z płatka. Dlaczego piszę kryminały? Bo pracując nad nimi nauczyłam się tego i owego, dotarło do mnie, że ja po prostu to lubię! I Wam życzę, abyście z sympatią tworzyli literackie śledztwa. W sumie nieistotne - w szkolnym zeszycie, czy w pliku Worda.

Izabela Szolc